17 lipca 2009

O czym myślą bibliotekarskie "zagadkowe dzieci"?

Jako osoba, która znajduje się na pokoleniowej "ziemi niczyjej", tj. pomiędzy "młodym", a "starym", jednocześnie nieubłaganie zmierzając w stronę "starego", z zaintrygowaniem przyglądam się organizowanemu IV Forum młodych bibliotekarzy, które odbędzie się w Krakowie w listopadzie. Już sam tytuł spotkania jest niepoprawny, bowiem zaznacza, że istnieje jakieś "młode", które "starym" nie jest, rychło nie zamierza nim być i się od niego odróżnia. Przymiotami związanymi z "młodym" są aktywność, komunikacja i twórcze myślenie, które to cechy legitymują udział w konferencji i które "mogą być z powodzeniem zastosowane do osób powyżej 35 roku życia". Mimo takiego złagodzenia warunków udziału, specjalne podkreślanie tych właściwości daje do myślenia i ustawia sprawę dość jasno ;-).

Program tego spotkania odzwierciedla młodopokoleniowe branżowe trendy i tu zdumiewający (i jednocześnie budujący ;-) jest zakres problematyki digitalizacji i tworzenia bibliotek cyfrowych. Drugim trendem jest szeroko rozumiana komunikacyjność, czyli kwestie zawodowego i instytucjonalnego wizerunku i komunikacji - a to z kolei pod hasłem "bibliotekarzu przełam się". Do tego "interakcja" twarzą w twarz i cyfrowa. Ciekawe jest to, że są to terytoria bezpieczne, nie obciążone żadnymi kompetencyjnymi roszczeniami "starego", przez "stare" niezawłaszczone i z których "młodego" wywłaszczyć się już nie da.

Może z pozoru nie wygląda to dla "starego" zbyt groźnie, lecz wszystko wskazuje na to, że "młode" zaczyna zyskiwać (samo)świadomość różnicy i niekoniecznie ma ochotę słuchać autorytetów o ogromnym gatunkowym ciężarze, oddając się w ręce równie "młodego", które ma coś do powiedzenia. A to oznacza, miejmy nadzieję, że ukryte motto większości branżowych konferencyjnych spotkań: Zachowanie, a nie poszukiwanie wiedzy. Bo nie ma postępu w historii wiedzy, a jedynie ciągła i wzniosła rekapitulacja - stanie się przynajmniej antymottem Forum młodych (bo na formułę un-conference jest jeszcze pewnie za wcześnie ;-) ).

Dużo gorzej może być z codzienną praktyką, bowiem jak obszernie rzecz charakteryzuje H. Hollender:
"A jeśli nawet młody bibliotekarz sporo umie i emocje w nim grają, zostanie włączony w szkolenie przywarsztatowe, które go przywoła do porządku: ma robić tak, jak poprzednicy. Co nie znaczy, że mu się wytłumaczy, co oni robili i po co; większe biblioteki uwielbiają swoją tradycję, ale jej nie znają. Młody nie dowiaduje się nawet, co ma powiedzieć, kiedy odezwie się telefon, mówi zatem „halo” czy coś w tym guście. Buduje sobie warsztat nie rozumiejąc, czemu ma służyć, bo kierownictwo sroży się na wszelkie uogólnienia i teorie. Jeśli jest kobietą, traktują go jak córeczkę, mówią (jednostronnie) po imieniu i łagodnie tyranizują. Jeśli jest mężczyzną, to więcej mu wolno, jak to w patriarchacie, ale też musi latać do zaciętych drukarek i innych tego typu nieszczęść. Absolwent nie bardzo też ma jak prosić kierownika o wyjaśnienia, ponieważ to nie na nich buduje się w Polsce autorytet, ale na robieniu tajemniczych min. I miny kierownicy robią na potęgę."

Czyżby więc, ujmując rzecz w poetyce strony internetowej Forum młodych, nawiązującej nieco do stylu Witkacego - mistrza i innowatora w zakresie niesalonowego słowotwórstwa - pierdołowaty paternalizm górą!?

Swoją droga marzy mi się taka dziwna konferencja, którą zorganizowałoby razem "młode" i "stare", ale z wyraźnym rozdzieleniem ról. Mianowicie takim, gdzie "stare", które już się w życiu nagadało i napisało, byłoby tylko słuchaczem, a "młode" - mówcą. Tytuł konferencji (roboczy) - "Jak wyobrażamy sobie bibliotekę i bibliotekarstwo, co do których chcielibyśmy, byście je nam po sobie zostawili". Trudno się domyśleć, jakie przyniosłoby to efekty, lecz zweryfikowałoby to obustronne, zbiorowe intencje.

Jednocześnie przytaczając tyleż wyalienowaną, co żartobliwą (chyba - oby ;-)) reakcję p. Stefana Kubowa na fakt organizacji Forum Młodych:
"Chyba trzeba będzie pomyśleć o stworzeniu koła seniorów w SBP. Porozmawialibyśmy sobie sobie pod Wawelem niekoniecznie o autoprezentacji czy skuteczności osobistej, ale jak się nie dać młodym albo np. o tym jak dożyć (w bibliotece) późnej starości w młodym wieku." - chciałbym go uspokoić. Takie "koła jakości" już istnieją i działają całkiem sprawnie ;-). Ale - nie pozostaną w swych troskach same. Bowiem jest to też problem tego "młodego", które czuje się odpowiedzialne za kształt instytucji i ich przyszłości. Tyle, że z jego strony wygląda on trochę inaczej i jest dużo bardziej złożony. Brzmi mianowicie: co zrobić by "stare" mogło godnie dokończyć swoje życie zawodowe bez przeżywania większych technologicznych i organizacyjnych szoków, jednocześnie nie zabierając bibliotek na cywilizacyjną emeryturę - wraz z sobą.

Z każdą sekundą zmierzający ku "staremu" - pozdrawiam.

12 lipca 2009

Materializacja wirtualności, czyli biblioteka cyfrowa "trampoliną" do funduszy na digitalizację

Rozwój Śląskiej Biblioteki Cyfrowej nie mógłby się dokonać bez zaangażowania środków jej współtwórców. Klastrowa formuła funkcjonowania ŚBC, gwarantująca jej Uczestnikom pełną autonomię w zakresie wyboru materiałów, czy tempa publikowania, nakłada na nich ciężar zorganizowania własnego stanowiska digitalizacji i publikacji zasobu oraz przydzielenia osoby/osób do tych prac. Zarówno międzyinstytucjonalna kooperacja w zakresie tworzenia zasobu cyfrowego, jak również bardziej różnorodny zasób, przyrastający szybciej, niż gdyby był tworzony przez jedną instytucję, ma istotną dodatkową zaletę. Udział w ŚBC może stanowić bowiem dla każdej instytucji-Uczestnika dobry pretekst do występowania o zewnętrzne fundusze na cyfryzację treści, poprawę infrastruktury, czy zatrudnianie pracowników.

Dzięki temu ŚBC obrasta nie tylko w różnorodne treści, lecz wzbogaca (dosłownie) jej Uczestników. Świadczą o tym (z)realizowane projekty, takie jak jak:
- Społeczna Pracownia Digitalizacji (Biblioteka Śląska, MKiDN+Biblioteka Śląska, Mecenat 2007, 102 tys. zł),
- Dostosowanie zasobu Śląskiej Biblioteki Cyfrowej do rozszerzonego dostępu internetowego (Biblioteka Uniwersytetu Śląskiego, EFRR-RPO Województwa Śląskiego+Uniwersytet Śląski 2008, blisko 2,1 mln zł),
- Digitalizacja zasobów dziedzictwa kulturowego - kronik szkolnych (Urząd Miasta Katowice ze Związkiem Górnośląskim, EFRR-RPO Województwa Ślaskiego+UM Katowice 2009, 452 tys. zł,
- Śląska Internetowa Biblioteka Zbiorów Zabytkowych (ŚBC istotnym elementem projektu jako serwis prezentacyjny), (Biblioteka Śląska, EFRR-PO IiŚ, MKiDN+Województwo Śląskie 2009, blisko 7,2 mln zł.

Daje to w sumie blisko 9,854 mln zł, które zostaną zainwestowane w praktycznie każdy z istotnych elementów ŚBC - ulepszenie, bądź ustanowienie infrastruktury digitalizacji i przechowywania cyfrowych zbiorów, usprawnienie mechanizmów ich oglądu oraz powiększenie samego zasobu biblioteki cyfrowej. Środki te, pozyskane w sposób równie rozproszony jak sama ŚBC, zostały wykorzystane lub zagwarantowane niespełna w ciągu ostatnich 2 lat istnienia ŚBC, a pierwsze zostały przyznane po roku od jej utworzenia. Trzeba dodać, że wyliczenie nie zawiera tych środków, które poszczególne instytucje otrzymały od własnych organizatorów w ramach dotacji bieżących, w związku z organizacją własnego zaplecza digitalnego, by rozpocząć publikowanie w ŚBC.

Zatem "rentowność" ŚBC to blisko 10 mln zł w ciągu dwóch lat i jak na tak wirtualne przedsięwzięcie, które prezentuje swój zasób nieodpłatnie i bez ograniczeń szerokiej publiczności, wydaje się być całkiem przyzwoita ;-).

15 czerwca 2009

Śląska Internetowa Biblioteka Zbiorów Zabytkowych - reaktywacja 2009

Reaktywacja - także tego bloga ;-) - choć zobaczymy co dalej z czasem. Ale prócz bloga - najpewniej reaktywacja dawnego projektu Biblioteki Śląskiej - jak w tytule.

W roku 2005 BŚ złożyła aplikację do funduszy EOG z zamiarem utworzenia "kompletnej" biblioteki cyfrowej, która prócz wygenerowania blisko 27 tys. cyfrowych publikacji (licząc po dLibrowemu) miała stanowić narzędzie masowej digitalizacji zbiorów z systemem przepływu pozyskanych skanów od skanerów do modułu prezentacji WWW, po drodze archiwizując pliki typu master. Projekt mimo zajęcia wysokiej pozycji w rankingu nie zyskał wówczas dofinansowania.

Na marginesie trzeba zaznaczyć, że nie był to początek systemowego myślenia o digitalizacji w BŚ, bowiem mało, a właściwie nieznany jest fakt, że już w 1999 roku opracowaliśmy pod roboczą nazwą projekt "Śląskiej Biblioteki Wirtualnej", który przewidywał prócz skanowania cennych zbiorów, także moduł rozpoznania OCR druków współczesnych zintegrowany z generatorem mowy i odpowiednią dźwiękową nawigacją - dla osób niewidzących. Projekt opracowany z dużą pomocą firmy- integratora systemów informatycznych (moduł dźwiękowy w całości jej dziełem), nie doczekał się realizacji ze względu na wysokie koszty pamięci masowych (zawrotne wówczas 134 GB danych) oraz oprogramowania.

Projekt ŚIBZZ mimo braku powodzenia w 2005 roku zyskał nieoczekiwaną trwałość "administracyjną", poprzez wpisanie do Wieloletniego Planu Inwestycyjnego Województwa Śląskiego, który gwarantował tzw. własny wkład finansowy. We wrześniu 2008 roku został złożony ponownie pod ocenę, tym razem Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. I wszedł na listę projektów bazowych na 7 pozycji (na 44 zgłoszone w priorytecie), co otworzyło drogę do drugiego etapu oceny, który w ostatnich dniach zakończył się pomyślnie.

Projekt ŚIBZZ, w stosunku do wersji z roku 2005, musiał zostać zmieniony, by uwzględnić istnienie Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, która stanie się systemem prezentacyjnym zasobu pozyskanego w ramach ŚIBZZ. Zeskanowanych zostanie blisko 27 tys. obiektów, które poza względem na wartość historyczną zostały dobrane wg rodzaju zbiorów (starodruki, rękopisy, pocztówki, druki ulotne, kartografia, grafika, czasopisma, etc.) tak, by prócz udostępnienia ciekawego przekroju dokumentów rozbudować w instytucji digitalizacyjne know-how.


Planowana jest modernizacja i wyposażenie pracowni digitalizacji (w tym mobilne stanowisko fotografii cyfrowej), ustanowienie silnego zaplecza serwerowego wraz pamięciami masowymi i biblioteką taśmową. Trudniejszym momentem projektu będzie wykonanie aplikacji workflow, która zostanie zintegrowana z dLibrą. W ramach projektu powstanie 11 stanowisk pracy (5 skanerzystów, 3 korektorów, 2 bibliotekarzy, 1 informatyk), które planuje się utrzymać po zakończeniu finansowania projektowego. Nad całością (informatyczną) ma czuwać inżynier projektu.

Przygotowanie "reaktywacji", mimo dobrego intelektualnego wsadu sprzed lat, trwało blisko rok. Materiały do dokumentacji technicznej, ze względu na postęp technologiczny i integrację z ŚBC, należało zrobić praktycznie od nowa. Do tego nowe studium wykonalności. Ogromną pracę wykonali wykonali bibliotekarze Zbiorów Specjalnych i Zbiorów Śląskich, typujący dokumenty do digitalizacji, a także informatycy, specyfikujący szczegóły sprzętowe. Projekt ponadto zyskał mocne wsparcie ze strony Biblioteki Narodowej, w postaci bardzo pozytywnej opinii autorstwa wicedyrektor BN - p. Katarzyny Ślaskiej.

Było sporo prac papierowych, ze względu na wymogi formalne konkursu. Wniosek z załącznikami do pierwszego etapu oceny liczył blisko 700 stron, do drugiego - ponad 200. Plus 3-4 serie wyjaśnień. W trakcie obu etapów na szczęście można było liczyć na kompetentne wsparcie i pomoc zarówno urzędników Departamentu Funduszy Europejskich MKiDN oraz naszego Wydziału Kultury Urzędu Marszałkowskiego, a także innych urzędów, które musiały wyrażać opinie lub decyzje.

Niemały stres przyniosło szacowanie wartości finansowej projektu, bowiem pomiędzy etapami oceny diametralnie zmieniała się sytuacja na rynku walut, od których projekt zależał w 90%. Z drugiej jednak strony szereg kosztów uległo znacznej obniżce, ze względu na technologiczny postęp. Ostatecznie udało się to wszystko zbilansować i wyliczono wartość całkowitą projektu na ok. 7,2 mln zł.

Po przygotowaniu i podpisaniu ostatecznej umowy - prace ruszą i do (w sumie prawie) roku wyjętego z życiorysu, trzeba pewnie będzie doliczyć jeszcze jakiś czas, choć już w większym zespole.

Cóż - no i pozostanie to tylko teraz zrobić i rozliczyć ;-) .

9 grudnia 2008

Bałtycka Biblioteka Cyfrowa

Miałem, a właściwie mieliśmy (z kolegami i koleżankami z BCUWr, Polony, PCSS i bydgoskiego Archiwum Państwowego) wielką przyjemność uczestniczyć w otwarciu Bałtyckiej Biblioteki Cyfrowej, która oficjalnie objawiła się 8 grudnia tego roku. Słupskiej BBC, mimo że dysponuje na razie skromnym zasobem, warto poświęcić nieco uwagi, bowiem jej start zawiera wszelkie elementy "dobrej praktyki" tworzenia BC.
Biblioteka cyfrowa, jak każda inicjatywa pionierska, potrzebuje do zaistnienia kilku elementów i wygląda na to, że w Słupsku złożyły się one bardzo pomyślnie.
1. Zespół wierzących w sens przedsięwzięcia "pozytywnie zakręconych" pracowników biblioteki, których zawodowe specjalizacje (bibliotekarz, grafik komputerowy, informatyk) odpowiadają wymaganej współdyscyplinarności zamierzenia i którzy doskonale i bez zbędnych przeszkód, wykorzystując szanse i skromne możliwości, obmyślili i zrealizowali kształt BC, począwszy od znalezienia lokum, jego wyremontowania, pozyskania ministerialnych środków na sprzęt i oprogramowanie oraz zaaranżowali, wespół z dyrekcją biblioteki, szeroką koalicję regionalną na rzecz powstania BC.
2. Przychylny oddolnej pracowniczej inicjatywie dyrektor, który utworzył dla niej niezbędne pole działania, wspierając wysiłki swoich pracowników.
3. Włączenie w wysiłek tworzenia BC od początku innych instytucji regionalnych.
4. Zainteresowane i zaangażowane władze samorządowe, które pozyskały znakomite narzędzie promocji regionu i regionalnych instytucji kultury, edukacji i nauki. Warto dodać, że przedstawiciele samorządu i "niebibliotecznych" instytucji kultury, którzy zjawili się licznie na uroczystości, z zainteresowaniem obejrzeli i wysłuchali przygotowane prezentacje, ilustrujące możliwości cyfrowego publikowania w sieci, deklarując dalsze (realne!) wsparcie dla rozwoju przedsięwzięcia i jego wkomponowanie w realizację projektu e-Słupska.

Niezwykłe było obserwować jak tworzenie biblioteki cyfrowej, w gruncie rzeczy przedsięwzięcia bardzo technologicznego, złożonego i angażującego środki, integruje jednocześnie lokalną społeczność świadomą potrzeby pielęgnowania, szerokiej prezentacji i promocji regionu. Trzeba bowiem powiedzieć, że słupscy bibliotekarze (a także muzealnicy i koszalińscy archiwiści, którzy już są w BBC) doskonale rozpoznali to, że biblioteka cyfrowa w istocie jest "narzędziem społecznym" na miarę "cyfrowych" czasów, a nie wyłącznie miejscem praktykowania własnego rzemiosła. Generuje i tworzy ona rozliczne więzi pomiędzy instytucjami, władzami i konkretnymi osobami, które wcześniej być może nie miały okazji, powodów i potrzeb, by razem współdziałać w tak obszernym zakresie.

Dziękując za mnóstwo pozytywnych wrażeń i emocji, życzę pomyślnego rozwoju BBC oraz wiele sił Danusi Sroce, której pionierskie z ducha i pandemicznie zaraźliwe "I think, I can" okazało się tak skuteczne.
The little engine that could

24 października 2008

Biblioteka cyfrowa jako klaster społecznego zaufania

Polski system bibliotek cyfrowych rozrasta się z wielkim impetem. W systemie są już 24 biblioteki cyfrowe, słychać już doniesienia o następnych. Niebawem spełnią się ironiczne, ale jakże prorocze słowa Henryka Hollendra, że dLibra, oprogramowanie używane do tworzenia systemu BC, niedługo będzie instalowane prawie w każdym przedszkolu. Biorąc pod uwagę to, że "wychowanie" bibliotekarza cyfrowego, jak na dziś niewspierane przez formalną edukację jest trudne, chyba niczego lepszego nie moglibyśmy sobie życzyć, jak przedszkolaków skanujących własne dzieła i przedszkolanki wdrażające maluchy w publikowanie w BC. Ale to na marginesie i w ramach dalszych działań. ;-)

Jakie nowe szanse daje praca nad zasobem biblioteki cyfrowej? O kwestie stricte branżowe nie ma się co martwić (zbieranie, udostępnianie, etc.), bo z tymi bibliotekarze jakoś sobie poradzą. Podobnie kable i komputery będą coraz lepsze, większej przepustowości i mocy. Niebawem digitalizacja przyśpieszy, bo pojawiają się coraz lepsze aparaty cyfrowe, co umożliwi każdemu (przedszkolu?) digitalizację dzieł nawet sporych formatów, bez inwestowania w kosmicznie drogie skanery kolumnowe. Technologia i jej ogólnoświatowy rozwój jest po stronie bibliotek cyfrowych. Ale w sumie to tylko narzędzia - więc o co ten szum?

Tworzenie bibliotek cyfrowych przynosi szereg nowych i emocjonujących momentów, które bez mała zawsze są nacechowane pionierskim duchem. Tradycyjne serwowanie napływającego zasobu, zastępowane jest w BC udostępnieniem aktywnie wyszukanych treści, działanie instytucjonalne, współdziałaniem przełamującym granice między ludźmi i instytucjami.

Komunikowanie treści za pomocą BC, która jako wspólna platforma może pomieścić (i znieść) wiele cyfrowych obiektów nie tylko obrazujących piśmiennictwo, lecz także muzykę, filmy, obiekty 3D - znacznie rozszerza spektrum treści do pozyskania. Tym samym poszerza zakres potencjalnych partnerów w tworzeniu BC, którymi nie muszą być tylko biblioteki, czy inne instytucje pamięci. W poszukiwaniu treści do publikacji w BC jedynym ograniczeniem staje się ... nasza wyobraźnia. Skażenie dolegliwą świadomością rygorów prawa autorskiego, o których zawsze trzeba pamiętać w przypadku zasobu współczesnego, jakoś przysłania wielkie morze treści powstających i pozostających poza głównym obiegiem wydawniczym oraz tych, do autorów których można łatwo dotrzeć i uzyskać zgodę na publikację. Rodzinne albumy i pamiątki, kroniki instytucji, twórczość ambitnych amatorów, wydawnictwa promocyjne (które zawsze rozchodzą się za szybko) i własne ... Wszystko to co znakomicie, na "najniższym poziomie" dokumentuje życie konkretnych ludzi, wsi, miasta regionu i przemija z wiatrem omijając papierowe biblioteki. I jeszcze to, że do zwykłej biblioteki trzeba oddać oryginał - tu biblioteka cyfrowa jest łaskawsza - serwuje wyłącznie jego cyfrową replikę, po czym może on wrócić do właściciela.

Planując taki pokrój zasobu trzeba pokonać jedną obawę - przed "spłaszczeniem" jego wartości - istotnie w takiej bibliotece cyfrowej obok dzieł ważnych i uznanych znajdą się nieprofesjonalne, amatorskie, jednakże "zysk" wydaje się większy. Polega on na ważnym społecznym "osadzeniu" takiej biblioteki, gdyż wielu zostawia tam coś swojego. A biblioteka (nawet opatrzona przymiotnikiem "cyfrowa") nosi w sobie cechę ponadczasowości. Obiecuje dobrą opiekę na zasobami, ich trwałość i wiarygodność i ponadto pokazuje je na całym świecie. Jest też miejscem nobilitującym dla autorów i ich dzieł. Chyba tylko tym da się wytłumaczyć zastanawiające zjawisko przekazywania do biblioteki cyfrowej własnych publikacji przez autorów, którzy mają możliwość i publikują we własnych serwisach internetowych. Inaczej - biblioteka i bibliotekarze to miejsce i ludzie, którym się ufa. Dobrze byłoby tego nie zepsuć.

Otwarcie biblioteki na różnorakie treści włącznie z niszowymi sprawia, że staje się ona (w końcu) prawdziwą komunikacją. Przestaje być "read only", a staje się "read and wirte". No i przyprawia jej bardzo długi ogon wirtualnego i realnego zainteresowania, któremu niegroźne będą wielkie digitalne programy komercyjnych gigantów.

15 czerwca 2008

Sklastruj się, a nie daj się - Konferencja EKON, Kraków, 9 czerwca,

W ostatnim czasie brałem udział w ciekawej konferencji poświęconej m. in. stosowaniu nowych technologii w dziedzinie kultury. Była zorganizowana m. in. przez krakowskie Stowarzyszenie Twórców i Menedżerów Kultury UNISONO (tworzące Klaster Przemysłów Kultury i Czasu Wolnego i nosiła tytuł Nowoczesne zarządzanie sektorem kultury w Polsce. Prezentacja dobrych praktyk w kontekście regionalnych szans i wyzwań ery informacyjnej. Chociaż w "masie" prezentowała szereg projektów związanych z promocją regionów, miała za tło takie pojęcia jak przemysły kultury, konwergencja, digitalizacja, synergia, innowacyjność i kreatywność.

Zaprezentowane projekty i inicjatywy promujące wydarzenia i atrakcje kulturalne regionów (prócz oczywistego Krakowa i jego Wrót Małopolski - tu pojawiła się znakomicie zaprezentowana przez pracownika Urzędu Marszałkowskiego Woj. Małopolskiego Małopolska Biblioteka Cyfrowa, także Łódź z Media Klaster i Lublin z Klastrem Kultury Lubelszczyzny), wskazywały jakie szanse i możliwości w "nakręcaniu " regionalnej koniunktury daje przemyślne konstruowanie "klastrów" złożonych z instytucji kultury, nauki, regionalnych instytucji pozarządowych, samorządowych władz i lokalnego biznesu, współdziałających zazwyczaj w bardzo luźnej formule. Dlaczego w ten sposób? Bo jest to najlepsza droga do wykorzystania efektu "wzmocnienia" ich działań, możliwości i wiedzy (a więc owej synergii), które wykorzystywane odrębnie przynoszą o wiele gorsze efekty. Zatem gdy po staremu 2+2=4, dzięki wzmocnieniu prawdziwe staje się 2+2=5.

Klaster - nie dość, że wzmacnia działania, to jeszcze jego efekty oddziaływują (jak mawiają m.in. bibliotekarze) "siłą kolekcji" - jeden event ściągnie pasjonatów, kilka - kilka razy więcej (może często tych samych), lecz sprawnie wyreżyserowane kulturalne zbiorowe wydarzenie lub projekt staje się - no właśnie - kulturowym przemysłem, przyciągającym masowego (nie mylić z karczmą piwną) uczestnika. Skąd nagle spora dawka ekonomii w tej całej zabawie? Otóż takie wydarzenia znakomicie napędzają regionalną gospodarkę i stają się prócz turystyki "do miejsc", pielgrzymką "do treści", która prócz zapewnienia wzniosłych duchowych przeżyć stymuluje konsumpcję na wszystkich polach. I wygrywają wszyscy - instytucje kultury, które stają się głównymi aktorami przedstawienia, lokalne władze chcące i zobowiązane do promocji regionu i zapewnienia jego rozwoju, a także lokalny biznes zarabiający na uczestnikach. Dobrze przemyślane wydarzenia tego rodzaju także są znakomitym pretekstem i okazją do pozyskania dodatkowych środków np. z funduszy europejskich i krajowych. Wówczas równanie synergii przybiera postać 2+2=6. ;-)

Kluczem do całej tej zabawy jest dość obco brzmiące w naszych realiach słowo "współdziałanie". Oczywiście - wygrywa ten, kto ma lub potrafi pozyskać treści i umie innowacyjnie wyszukiwać nisze do ich prezentacji. Lecz warunkiem koniecznym jest rezygnacja: z zachowawczej, twardej obrony instytucjonalnych granic, prowincjonalnej gry na wykluczenie tych, których uważa się za regionalnych (lub wręcz personalnych) konkurentów, rozumiejący ogląd całości i jej celów oraz postawienie na kreatywność i innowacje. A ta ma także swoje dodatkowe warunki: świeżość spojrzenia, umiejętność przełamywani tradycyjnych i nawet już nieuświadamianych mentalnych ograniczeń oraz dedykowany jej inkubator - niszę, gdzie w dużej swobodzie i różnorodności koncypujących urzędniczych, "kulturalnych" i biznesowych mózgownic rodzą się nowe pomysły i bez żalu i urazy są zarzucane chybione.

Chociaż wśród prezentowanych projektów były całkiem "analogowe" i niewirtualne, podkreślano ważną rolę digitalizacji i w efekcie zjawiska konwergencji kulturowych treści. Może ona przybierać różną postać, lecz tu nawiązywano do tej klasycznej, w której wytworzone w takim zbiorowym wydarzeniu lub projekcie treści da się eksploatować na wielu medialnych platformach i w wielu miejscach. I znów mają co robić i korzystają dawcy treści (kultura), lokalne media, biznes i sami uczestnicy wydarzenia, zaś regionalny establishment ma produkt, który może zaprezentować we własnej internetowej witrynie, wydawnictwach promocyjnych, czy znakomicie wówczas promującej region konferencji. No i - do dobrego i interesującego zaczyna przychodzić dobre i interesujące, podbijając wartość następnych wydarzeń.

Zatem klaster kulturowy to taka nieprzypadkowa i przemyślnie skonstruowana gra, w której wygrywają wszyscy. Jest on wbrew fizyce rodzajem kulturowego, politycznego i gospodarczego "perpetuum mobile", które serwuje niekiedy dość opatrzone treści w nowych zestawieniach, napędza lokalną gospodarkę, służy jednocześnie mieszkańcom i przyciąga zaintrygowaną pozaregionalną publiczność. A jego efekty mogą stanowić materiał wejściowy do następnych wydarzeń.

Wniosek - dziś już nie ma sensu działać w pojedynkę, bo takie działanie jest nieefektywne i nie wykorzystuje wszystkich szans. "Resortowe" podejście do kwestii kultury, samodzielne skrobanie marchewki na boku i indywidualne zawody, kto "ma większego" lub jak daleko potrafi nasiusiać (choć może dostarczają dawkę stymulującej adrenaliny) - należy odłożyć do lamusa. By regionalne instytucje były zdolne pokazać swój cały "power" i by stały się ważnym elementem pejzażu regionu, generującym, prócz estetycznych doznań, także wymierne korzyści, nie mogą już funkcjonować wyłącznie w obrębie pilnie strzeżonych własnych granic, realizując się w obrębie czystych, higienicznie odseparowanych artystyczno-estetycznych interakcji pomiędzy konkretną instytucją a publicznością. Społeczno-technologiczno-biznesowo-kulturowy klaster zwiększa szansę sukcesu w każdym obszarze, bo powiększa zakres koncepcji i zasobów do wykorzystania. A wymóg innowacyjności sprawia, że są one wykorzystywane efektywnie i sprawnie, środkami nie większymi niż faktycznie potrzebne.

No - i to by było na tyle.

11 kwietnia 2008

Sezon biegówkowy zacząć czas ...

Słonko przygrzewa, alejki w Parku Chorzowskim suche (choć coraz bardziej dziurawe) - znak to, że po nieudanej zimie, w końcu można będzie założyć narciarsko-biegowe buty, zapiąć w wiązania i hajda na ... - właśnie - na nartorolki.
Co to za dziwo?
O bieganiu w lecie marzono od dawna, tworząc najdziwniejsze konstrukcje, lecz odkąd narty biegowe stały się sportem wyczynowym, bieganie gdy śniegu nie ma, stało się potrzebą.

Owszem, trening ogólny, później specjalny "na sucho" robi swoje, lecz wraz z komplikacją technik narciarskiego biegu i ich koniecznym całorocznym szlifowaniem zaczęto myśleć o nartorolkach wręcz jako o pełnoprawnej dyscyplinie sportu.

Rozgrywany jest nartorolkowy Puchar Świata pod egidą FIS, gdzie niekoniecznie śniegowi mistrzowie wiodą prym

i nawet budowane są specjalne trasy dla nartorolkarzy.


Trochę równego asfaltu, kijki z twardszymi, widiowymi końcówkami (lub gumkami), owe nartorolki i brak śniegu przestaje przeszkadzać. Są ich dwa rodzaje - odpowiednio do stylów biegania - klasyczne i łyżwowe.

Pierwsze są dłuższe (ok. 70 cm) i mają (najczęściej na przednich) kółkach zapadkę, która zapobiega cofaniu się rolki przy "odbiciu". Narciarz w stylu klasycznym napędza się owym odbiciem, a zapewnia je odpowiednie posmarowanie środka narty tzw. smarem. Nazwa może trochę myląca, bowiem wbrew przysłowiu "kto smaruje, ten jedzie", narciarski smar ma właśnie "trzymać" nartę w momencie odbicia, przez krótkotrwałe spojenie ze śladem w śniegu. "Jazdę" natomiast zapewnia parafina. Nartorolki smarować nie ma sensu - stąd zastosowanie zapadki.

Co innego w w stylu "łyżwowym". Narty "łyżwówki" smaruje się tylko parafiną (na jazdę), a odbicie przenosi cała powierzchnia narty. Nie cofają się one, bowiem są prowadzone w "jodełkę". Zatem nartorolki do "łyżwy" zapadki nie mają i są krótsze (ok. 60 cm, a wyczynowe 53 cm). Gdy do tego dorzucimy biegowe wiązania i "prawdziwe" biegowe buty - komplet gotowy.

Biega się szybko, choć to zależy od typu nartorolek. Treningowe są stalowe, ciężkie, z gumowymi kółkami o średnicy 7 cm - by się spocić.


Za to krótkie, aluminiowe wyczynówki , które w dodatku mają duże, poliuretanowe kółka o średnicy 10 cm, zapewniają niezbędną dozę adrenaliny - i jakieś 25-30 km/h, nawet na płaskiej trasie.


Standardowo nie mają żadnych hamulców, stąd też na forum biegowki.pl tyle pytań "jak się na tym zatrzymać?". Skoro śniegowe płużenie odpada, szkoły hamowania są różne (podaję w rosnącym stopniu dolegliwości), tj.: "na kolegę/koleżankę" (jak się go/ją ma i jest w pobliżu), "na publiczność", "na pobocze", "na drzewo" i najbardziej rozpowszechniona (wybaczcie nieco biegowego żargonu) - "na d*".

Mocne wrażenia wzmaga fakt, iż jak to nartach bywa, niekiedy zalicza się tzw. "kominiarza" - odpowiednik "bałwana", który przytrafia się na nartach śniegowych. Określenia uwzględniają wygląd narciarza upadłego, przy czym nartorolkowe odmiany czerni biorą się bliskiego spotkania z asfaltem.
Więc zacznie się: bezkrok, jednokrok, dwukrok, dwukrok podbiegowy - na tętnie tlenowym, podprogowym, w interwałach ... i świat stanie się lepszy ;-) - nawet mimo komentarzy, jak ten jakiegoś chłopaka, który swojemu komórkowemu rozmówcy oświadczył w środku lata: "Właśnie koło mnie przebiegł facet na nartach".

A jak trochę czasu i zdrowia dopisze - przybędzie kolejna rytualna fotka (ta z 2007) z jakuszyckiegu Biegu Piastów - forumowych, rozproszonych narciarzy biegowych. ;-)